O nas


Muzykę klasyczną wszyscy ludzie mają w genach. Wszyscy. Bez wyjątku. Nie wiadomo dlaczego, ale jak ktokolwiek usłyszy kilka taktów uwertury Carmen, to wie, że ten kawałek zna. Nie wie skąd, ale zna. Pierwsi, genetyczne zakorzenienie klasyki, wykorzystali spece od reklamy. Puccini, Brams, Verdi, Bizet na wszystkich kanałach telewizyjnych buszują pomiędzy czekoladkami, samochodami, a perfumami. My jesteśmy drudzy.


Filharmonia Dowcipu to klasyczna muzyka przeniesiona do XXI wieku. To widowisko muzyczne opowiedziane przez wybitnych instrumentalistów i wokalistów klasycznych językiem współczesnego człowieka. Największe hity operowe i symfoniczne brzmią niczym przeboje napisane dzisiaj, a grane przez ten jedyny na świecie, niezwykły zespół , tworzą wybuchową mieszankę emocjonalną. Bo jak można się nudzić przy samych przebojach. Zwłaszcza, że ich popularność nie maleje.  Od kilkuset lat.




JAK TO SIĘ WSZYSTKO ZACZĘŁO?

  Z Waldkiem spotkaliśmy się za sprawą Wadima Brodskyego. Znał Waldka, mnie i jakimś swoim szóstym zmysłem uznał, że powinniśmy się poznać, bo może coś z tego będzie. Nie mylił się. Złapaliśmy z Malickim od razu wspólny język. Obydwaj byliśmy w tym momencie i w tym czasie na podobnym zakręcie artystycznym. Mieliśmy ugruntowany dystans do swoich dotychczasowych osiągnięć artystycznych, a nawet lekką niechęć do tychże. Szukaliśmy nowej drogi. Drogi, która miała połączyć dwa kompletnie przeciwstawne światy. Waldek absolutnie spełniony pianista, klasyk czystej krwi, ale z natury skłonny do przekory i zabawy cynik i ja „złote, lekko przepite dziecko” reklamy, wideoklipu i plastikowego telewizyjnego showbiznesu, ale z ciągnącym się wyrzutem sumienia, że nie realizuję testamentu artystycznego swojego mentora i nauczyciela Adama Kreczmara.
    
    To nowe zaczęło się na Gali Wiktorów. Jakimś cudem udało mi się przekonać ówczesnych decydentów telewizyjnych, żeby tę Galę poprowadził obok Maćka Orłosia i Magdy Mołek także Waldek Malicki. Przygotowywaliśmy się Waldkiem bardzo solidnie, ale mimo to nogi mieliśmy jak z galarety. On na scenie, ja za kulisami. Jedyne, co pamiętam z tego wieczoru to szczery entuzjazm widowni pojawiający się po każdym wejściu Waldka na scenę i Jacka Fedorowicza, który czekając na swoje wejście bez przerwy poszturchiwał mnie lekko i mruczał pod nosem, „Kto to jest, kto to jest…genialne…” Gratulacjom i uściskom dłoni nie było końca. Posypały się propozycje koncertów, programów telewizyjnych, potrwało to mniej więcej tydzień i ….się skończyło. Zapadła cisza.

Tę ciszę wytłumaczył mi kilka miesięcy później nieżyjący już Piotr Dejmek.

         „Byłem wtedy na widowni- mówił- i kompletnie mnie zamurowało. To było genialne. Rozejrzałem się po gościach Gali. Wszędzie siedziała uśmiechnięta i rozbawiona telewizyjna śmietanka. Wszyscy byli pod wrażeniem Waldka, ale pod tymi uśmiechami kryła się bolesna prawda. Oto na ich oczach pojawia się ich własna konkurencja. I wiedziałem jedno- albo ten facet zaraz będzie gwiazdą, albo wszyscy zrobią wszystko, żeby go się pozbyć. A co robicie teraz?”
    „Nic” odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
    „No to chodźcie do mnie”
    „ A gdzie to jest?”-zapytałem.

    Pytanie było trochę z kosmosu, ale nie wiedziałem gdzie Piotr wtedy pracował. A był dyrektorem programowym Telewizyjnej Jedynki. No to poszliśmy i zaczęliśmy pracować nad pomysłem programu, „Co tu jest grane?” I wtedy pojawił się Benio. Przyszedł na próby razem z Waldkiem i własnymi aranżami. Panowie znali się od lat, a ja Benia kupiłem od razu. Jego sposób bycia, pomysły, poczucie humoru, cięte żarty i błyskotliwe riposty nijak nie pasowały do wizerunku klasycznego muzyka spędzającego dnie i noce w Filharmonii Narodowej. Okazało się, że ani ja nie pasuję do telewizyjnego lanserskiego światka, ani Waldek do kolejnych interpretacji Chopina, ani Benio do pulpitu filharmonicznego. Natomiast idealnie pasowaliśmy do siebie. I w ten oto sposób powstały 32 pół godzinne odcinki programu telewizyjnego. Nie czuliśmy jeszcze formy, wszystko było nowe, poruszaliśmy się po omacku w zupełnie nowej materii, lepiliśmy ją. Nie było łatwo. Gdyby nie upór Piotra Dejmka, jego szefa Maćka Grzywaczewskiego i basa bosów Prezesa Dworaka to jedynkowi redaktorzy pozbyliby się nas z przyjemnością. Nie dało się nas zdefiniować, nazwać, zakwalifikować, były same problemy z umieszczeniem programu w ramówce, dyskusje- a przecież kupienie i pokazywanie jakiegoś zachodniego formatu, co to tańczą, albo śpiewają jest takie proste i sukces stuprocentowy. A z nami wszystko niepewne i same niewiadome. I nie dalibyśmy rady z biurem telewizyjnym ani my, ani życzliwi projektowi szefowie gdyby nie festiwale telewizyjne. Jak już korytarze szemrały po kątach, że trzeba się nas pozbyć to „bach” jakaś nagroda na Festiwalu, jak program za drogi, albo niska oglądalność to „buch” prestiżowa nominacja do finału „Rose de or” w Luzernie. I tak przez cały czas.
 
    Po festiwalu w Luzernie Piotr Dejmek zaproponował nam robienie jesienią dużego show telewizyjnego. W naszym stylu. To był pomysł jego i Jana Dworaka. Czuli naszym projekcie patent na współczesną polską, lekko edukacyjną rozrywkę. Ofertę przyjęliśmy z radością. Na jej skrzydłach pojechaliśmy zrealizować koncert na Festiwalu Opolskim –duży sukces- Waldek od nowej Pani Dyrektor przyjął nagrodę Pierwszego Programu TVP i odebrać Grand Prix na Festiwalu Programów Telewizyjnych w Gdańsku. Wygraliśmy Festiwal. Łaaaaaał.

Postanowiliśmy, że:
    - zbudujemy orkiestrę złożoną z najlepszych muzyków, jakich znamy
    - pierwsze skrzypce będą grały najseksowniejsze i najzdolniejsze dziewczyny, jakie znany
    - śpiewacy mają nie tylko dobrze śpiewać, ale mieć jeszcze to coś
    - będziemy nieobliczalni
    - nieprzewidywalni
    - będziemy wywracali do góry nogami klasykę
    - będziemy się robili z popem, co nam się będzie podobało
    - będziemy się kierować się intuicją
    - będziemy obrazoburczy obyczajowo, ale eleganccy-czyli będziemy sobą.

    Tylko nie za bardzo wiedzieliśmy jeszcze, dla kogo będziemy grali, gdzie i czy da się z tego jakoś żyć. Radek, nasz organizator (dzisiaj dumny z tego, że jako jeden z niewielu organizatorów wypełnia Kongresową) razem ze swoją dziewczyną czatowali codziennie pod Kongresową i wręczali oganiającym się ludziom ulotki o naszych koncertach w Kinoteatrze Bajka. Nie było łatwo. Ale nie przejmowaliśmy się za bardzo. W trakcie i tak deficytowych koncertów zapraszaliśmy wszystkich, którzy przyszli na pyzy i wódeczkę. Taka nowa tradycja. Zachowywaliśmy się jak dwudziestoparolatkowie, którzy nagle, szybko chcą nadrobić straconą przez stan wojenny i siermięgę lat osiemdziesiątych młodość. Było pysznie. Benio pracował jeszcze w Filharmonii Narodowej, Waldek koncertował, moja żona pracowała a i ja sam usiłowałem się odnaleźć na polu gastronomii wiejskiej. Na życie starczało, a niewielkie nadwyżki lądowały w rosnącym deficycie naszego przedsięwzięcia. Nic nie miało znaczenia poza faktem, że orkiestra Beniowa brzmiała coraz lepiej, udało się zbudować super kompanijkę śpiewaków, lubiliśmy się wszyscy i chcieliśmy ze sobą pracować. I pojawiało się coraz więcej chętnych by kupować nasze bilety. Bez reklamy, marketingu, szła szeptana wieść, że na koncertach Filharmonii Dowcipu jest ciekawie. Sale koncertowe zaczęły się wypełniać.

    Punktem zwrotnym stała się Mazurska Noc Kabaretowa, a dla nas jej drugi dzień. Szef ówczesnej dwójki Wojciech Pawlak był naszym fanem i zaprosił nas tam. Nikt nas nie znał. Nie było człowieka na widowni, który miałby jakiekolwiek pojęcie o tym, co robimy i jak myślimy. To była publiczność kabaretowa. Piwo, wódeczka dolana do litrowej coli i lalalalala-prosto, łatwo nieskomplikowanie. A my tu się wpieprzamy ze swoimi finezyjnymi żarcikami, muzyką klasyczną, operowymi wokalami, jak ludzie z innej planety. Pasowaliśmy tam jak świni siodło. Tak się przynajmniej czuliśmy wchodząc na scenę. Przywitała nas cisza, ale twardo ciągnęliśmy swoją opowieść. Z minuty na minutę atmosfera robiła się coraz bardziej gorąca, po to by pod koniec trzeciej godziny widowiska zamienić się w owację, jakiej nie słyszałem nigdy w życiu. Staliśmy na scenie i nie wierzyliśmy własnym oczom i uszom. Cztery tysiące ludzi naprzeciw nas stało, biło brawo i skandowało „dziękujemy, dziękujemy”. I wtedy dotarło do nas, od tych ludzi, którzy przyszli nastawieni na coś zupełnie innego, że nie jesteśmy niszowi, że jesteśmy dla wszystkich, że nie będziemy zamykać się w Filharmoniach, tylko odważnie wyjdziemy do ludzi. Bo oni tego chcą. Chcą tego, co robimy i kupują nasze myślenie. I właśnie tej nocy, kiedy mrągowska publiczność skandowała wydawało się w nieskończoność swoje „dziękujemy, dziękujemy” staliśmy się tak naprawdę Filharmonią Dowcipu. To był nasz artystyczny chrzest.

A dalej wszystko potoczyło się i toczy tak jak sobie założyliśmy.

Nie idziemy drogą Andre Rieu. Nie będziemy tylko pięknie grać. Będziemy bawić się tym, co gramy. I żartować. Nieustannie.
Rozmijamy się z Hansem Liberdem. Oczko wyżej blisko nam z Victorem Borge. Tylko czterdzieści lat później.

Kim zatem jesteśmy dzisiaj.

Filharmonia Dowcipu to nasza praca, pasja i zycie.
Filharmonia Dowcipu to najbardziej żywiołowe i temperamente widowisko muzyczne w Polsce, a pewnie i na świecie-tylko świat jeszcze o tym nie wie.Ale się dowie.
Filharmonia Dowcipu to spektakl nieprzewidywalny, zaskakujący, nastrojowy i wybuchowy jednocześnie.
Filharmonia Dowcipu jest jak dobra kolacja. Przyjemnie i lekko uprawia się po niej seks i śpi.
Filharmonia Dowcipu to dziewiętnastoosobowa orkiestra, która pod batutą Benka i w jego aranżacjach potrafi brzmieć jak pełna orkiestra symfoniczna, a za chwilę jak big band
Filharmonia Dowcipu to zjawiskowe, seksowne, wyjątkowe instrumentalistki, które potrafią w ciągu kilku minut na oczach widzów zamienić się z eterycznych skrzypaczek w pełne energetycznego ognia tancerki.
Filharmonia Dowcipu to muzycy, jacy nie mają sobie równych w swojej klasie, autentyczna pierwsza liga
Filharmonia Dowcipu- to dwie piękne, zjawiskowe sopranistki, którym odwagi scenicznej może pozazdrościć niejeden wybitny aktor
Filharmonia Dowcipu-to dwóch wyjątkowo zdolnych śpiewaków… zdolnych do wszystkiego.
Filharmonia Dowcipu- to Benek Chmielarz – dyrygent, jakich mało, wyjątkowy człowiek, którego nie trzyma się grawitacja
Filharmonia Dowcipu- to w końcu Waldek Malicki –jej lider. Facet pełen pomysłów, poczucia humoru, pasji, pianista, jakich nie ma i okazało się, że też showman z ekstra ligi
Filharmonia Dowcipu-to także ja, autor, scenarzysta, reżyser. Ktoś w końcu musi nad tym żywiołem panować.

Jacek.

Jesteś 1085284 gościem na naszej stronie